Na wiarę

— Bo tu chodzi nie o to, że ma się talent aktorski. Tu chodzi o to, kto wyżej naszczy na murek. 

Repertuar piosenek o zniweczonych potencjałach twórczych rozpoczyna pewien nieszczęśliwy twórca z czoła kolumny. Głośno i wyraźnie uzasadnia swój brak sukcesu czynnikami obiektywnymi, ze szczególnym podkreśleniem nieczułego na sztukę lokalnego społeczeństwa. Wznosi do góry ręce i oczy, czym udowadnia, że w istocie nie jest talentu aktorskiego pozbawiony.

— No, niechże pan już przestanie. Ileż można tak pogrążać siebie i innych w rozpaczy!

Wierni z kolejki do zbawienia niecierpliwią się. Ich serca niezmordowanie kierują się ku dobrej nowinie. Intonujemy pieśń o jutrzence. Przysłowie powiada, że poranek pielgrzymujących mądrzejszy jest od wieczoru. Zapowiada się pogodny dzień i nadzieja odżywa w nas z całą mocą. Pęcherz pławny przywraca sterowność, a busola świadomości sens. Wiadomo, że chociaż nasze doświadczenie opisuje świat tylko częściowo, to dostępny nam wycinek wiedzy pozwala zrekonstruować brakujący obraz całości. Wiadomo też, że nie uszczęśliwia nas to za bardzo. Fizycy zdają nam relację z kształtu owej niedostępnej sfery. O zakrzywieniu czasu i przestrzeni, kwantach albo innej względności prawią. A my milczymy w zakłopotaniu.

— Ziąb to jest, panie kochany, tylko i bieda. Na co to komu? Kto chciałby tam mieszkać? — wyrywa się pan Antoni i śmiałą frazą kładzie intelektualny fundament pod swój system filozoficzny. Jednak nikt nie podejmuje polemiki. Słychać tylko kroki maszerujących. Milcząca większość wyraźnie odczuwa swoją narastającą moc. Pielgrzymować to znaczy wyjść z doliny ciemności. To znaczy radować się po trudach drogi, kultywować mit nagrody dla podtrzymania ducha życia, nie poddawać się, chociaż cała wiedza-niewiedza świata mówi nam: nie warto. 

Zatem w drogę. Mijamy okoliczny, drzewiasty miejscami, a miejscami polny, krajobraz. Jeżeli przyjrzeć się uważnie, można na poboczach dostrzec czytelne kształty porzuconych doktryn. Wiele z nich w zupełnie dobrym stanie, niektóre z wyraźnymi śladami ideologicznej walki. Widocznie trudności z ustaleniem istoty rzeczy mieli przed nami także inni pątnicy. 

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedno wzgórze i oto oczom naszym ukazuje się świątynia. Objawia się przed nami jak brama niebios. Przestajemy odczuwać zmęczenie. Uśmiechamy się, a wspólnota naszej radości czyni tę chwilę niezapomnianą. Obejmujemy się, chwytamy za ręce. Jesteśmy szczęśliwi. Tak po prostu. Większość naszych wątpliwości wprawdzie w nas pozostaje, ale są mocno wyblakłe i nikogo już nie obchodzą.

Proszę czekać...