No to bęc

— I na na na…

Tak nuci sobie pan. Ale nie powie, co i jak. Nie pamięta żadnej swojej radości. W morzu utraty… Nawet… Trzyma w rękach… Ileż mógłby w nich zmieścić… Kiedy nie ma paliwa i krew nie krąży w jakimś konkretnym celu…

— Auf wiedersehen, Winnetou.

Tak mówisz. Fragmenty obrazu zawierają odbicie całości, lecz nie są nią przecież. Rozbite lustro jako symbol zrozumienia. Każdy kawałek osobno. Na każdym co innego. Nie sposób uwierzyć, że to jest właśnie jedność.

Na razie jednak słowo. Ono uśmierza ból, kiedy stykamy się z prawdziwym obrazem świata. Okrywa go jak misterna koronka, przez którą trudno jest ów obraz dostrzec. Zasłona zdań, znaczeń, sugestii. Z pozoru opis. W istocie plaster na ranę. I gdzie się podziała duma zwycięskiego zdobywcy świata? Umysł tak imponujący, tak zasadniczo różniący się od umysłu innych naturalnych braci mniejszych, a przy tym tak deprymująco do nich podobny. Nie wystarcza nam konceptu, aby kreować siebie samych, i bezwiednie powielamy wzorce z głębi naszej pamięci stadnej. Czasem ekspansywni, żądający złota i władzy, a czasem boleśnie skuleni, żebrzący o litość możnych. Trwamy tak, uwięzieni w schemacie, który właściwie mógłby nas już nie dotyczyć. 

A podobno jest gdzieś raj. Podobno jest nawet tu i teraz. Tak stoi w podręcznikach uproszczonej psychologii. Podobno wystarczy wyciągnąć rękę. Ale jeszcze nie dziś. W tobołkach, węzełkach, zawiniątkach zabierasz to, co naprawdę istotne do przeżycia. Wspomnienia z dzieciństwa, fotografie, rybią łuskę na szczęście, karty płatnicze, ładowarkę do komórki, klucze, prawo jazdy, listę zakupów, mandat do zapłacenia, zaproszenie na wernisaż i składany parasol. W jakimś starczym rytuale natręctw co chwila przeglądasz to wszystko i liczysz. I nigdy nie jesteś pewien, czy pozycje twojego inwentarza w komplecie znajdują się na swoich miejscach. W stałych interwałach krąży ci po głowie ta króciutka sekwencja przypomnień i zapomnień, więc sprawdzasz wszystko po sto razy. Na schodach, na ulicy, w sklepie. Na wypadek, gdyby świat miał się dzisiaj skończyć, jesteś przygotowany doskonale.

Czy to za sprawą paru słodkich kieliszeczków, a może z innych powodów, powraca ci jednak od czasu do czasu jasność umysłu. W tej cudnej chwili olśnienia słyszysz głosy aniołów, wokół pachnie wiosna i wieczna młodość, a spokój niebiański wypełnia cię po krańce jestestwa. 

— To najprawdziwszy raj — mówisz w euforii. 

W zakamarkach twojej intonacji jeszcze wyraźnie wyczuwa się rezygnację, ale co tam. Zagapiasz się i nieruchomiejesz. Jak mysz.

Proszę czekać...