Likier

I tak oto pozwalamy sobie trochę pomilczeć. Wieczór był wprawdzie chłodny i smutny, ale teraz jest już jasno. Pogoda. Na starym szyldzie w skromnym – a nie chcę przecież powiedzieć: powiatowym – mieście przeczytałaś informację: „Kawa, ciasta i likiery”. Wzruszające, niegdysiejsze menu. Zestaw ciocino-babciny. I do tego lekko odchylony mały paluszek. Likierek w kieliszeczku. Ciasteczko, babeczka albo serniczek, kawusia-siusia. Widelczyk, talerzyk, filiżanusia. Jak w domku dla lalek. Usteczka również takie zmniejszone, jakby ułożone do całowania lub do dmuchania baniek mydlanych przez słomkę. I słowa w związku z tym też wąskie, zwinięte w zgrabne ruloniki. Wysuwają się jedno po drugim i leciutko płyną w powietrzu, nie czyniąc szkody. Nieważkie, bez znaczenia, o niczym. Jak niskokaloryczny deser. Ma być miło i jest. Śmiałaś się z tych likierów wówczas niczym mała Mi z Muminków. A ja towarzyszyłem Ci w tym rozbawieniu, bo pragnąłem Twojej miłości i nie chciałem płoszyć chwili, ale przecież w głębi serca odczuwałem raczej wzruszenie. 

Coś, co pozostawia ślad i nie przemija całkowicie, tak jak ten oto dawny szyld, staje się uniwersalnym znakiem przemijania dla wszystkich świadomych własnej doczesności. W pewnych sytuacjach ta równoległość przemijań, ich podobieństwo, zamiast przerażać, wzrusza właśnie i wywołuje uczucie ciepłe, bliskie. Tak bywa, kiedy odkrywamy zapomniane pudło z fotografiami i pamiątkami. Spoglądamy w oczy dawno minionych osób. Albo kiedy spacerujemy pomiędzy stoiskami na targu staroci.

Teraz pozwalamy sobie trochę pomilczeć. Zamówiłem kawę, ciasta i likiery oczywiście. Tak jak wybiera się stary przebój w szafie grającej. Siedzimy naprzeciw siebie, w bliskości kawiarnianego stolika, w oddaleniu miast, w nieokreśloności lat. Moje ciało pokryte jest łuską pancernika. Język nauczył się produkować śmiertelny jad, a układ współczulny wytwarzać płomienie nienawiści. Fizyczność odmienia się w lęku przed utratą. Cóż począć? Proces przemiany postępuje według jakiegoś niepojętego planu. Ale ubrałem się odświętnie i wiem, że mogę być fajny, mogę podtrzymywać przyjaznym gestem ten nastrój – groteskowy i patetyczny ciut. Pozdrowić znaczy pragnąć czyjegoś zdrowia, pragnąć życia dla kogoś, chcieć, by trwało w wiecznej młodości, długich, szczęśliwych latach. Staram się nie przywiązywać do myśli, że szczęście uwidacznia się jedynie na tle jakiejś nieszczęśliwości, bowiem w tle słyszymy właśnie przemiłe dźwięki muzycznego sza-ba-da, konfigurację utwierdzającą nas w przekonaniu, że żadna chwila nie ma granic w czasie, przemijanie jest iluzją, czas właściwością naszego umysłu, a zapominanie – darem niebios.

— Podaj mi rękę, potworze. Okropnie słodki jest ten likier.

Proszę czekać...