No to bęc

— I na na na…Tak nuci sobie pan. Ale nie powie, co i jak. Nie pamięta żadnej swojej radości. W morzu utraty… Nawet… Trzyma w rękach… Ileż mógłby w nich zmieścić… Kiedy nie ma paliwa i krew nie krąży w jakimś konkretnym celu…— Auf wiedersehen, Winnetou.Tak mówisz. Fragmenty obrazu zawierają odbicie całości, lecz nie są nią przecież. Rozbite lustro jako symbol zrozumienia. Każdy kawałek osobno. Na każdym co innego. Nie sposób uwierzyć, że to jest właśnie jedność.Na razie jednak słowo. Ono uśmierza ból, kiedy stykamy się z prawdziwym obrazem świata. Okrywa go jak misterna koronka, przez którą trudno jest ów obraz dostrzec. Zasłona zdań, znaczeń, sugestii. Z pozoru opis. W istocie plaster na ranę. I gdzie się podziała duma zwycięskiego zdobywcy świata? Umysł tak imponujący, tak zasadniczo różniący się od umysłu innych naturalnych braci mniejszych, a przy tym tak deprymująco do nich podobny. Nie wystarcza nam konceptu, aby kreować siebie samych, i bezwiednie powielamy wzorce z głębi naszej pamięci stadnej. Czasem ekspansywni, żądający złota i władzy, a czasem boleśnie skuleni, żebrzący o litość możnych. Trwamy tak, uwięzieni w schemacie, który właściwie mógłby nas już nie dotyczyć. A podobno jest gdzieś raj. Podobno jest nawet tu i teraz. Tak stoi w podręcznikach uproszczonej psychologii. Podobno wystarczy wyciągnąć rękę. Ale jeszcze nie dziś. W tobołkach, węzełkach, zawiniątkach zabierasz to, co naprawdę istotne do przeżycia. Wspomnienia z dzieciństwa, fotografie, rybią łuskę na szczęście, karty płatnicze, ładowarkę do komórki, klucze, prawo jazdy, listę zakupów, mandat do zapłacenia, zaproszenie na wernisaż i składany parasol. W jakimś starczym rytuale natręctw co chwila przeglądasz to wszystko i liczysz. I nigdy nie jesteś pewien, czy pozycje twojego inwentarza w komplecie znajdują się na swoich miejscach. W stałych interwałach krąży ci po głowie ta króciutka sekwencja przypomnień i zapomnień, więc sprawdzasz wszystko po sto razy. Na schodach, na ulicy, w sklepie. Na wypadek, gdyby świat miał się dzisiaj skończyć, jesteś przygotowany doskonale.Czy to za sprawą paru słodkich kieliszeczków, a może z innych powodów, powraca ci jednak od czasu do czasu jasność umysłu. W tej cudnej chwili olśnienia słyszysz głosy aniołów, wokół pachnie wiosna i wieczna młodość, a spokój niebiański wypełnia cię po krańce jestestwa. — To najprawdziwszy raj — mówisz w euforii. W zakamarkach twojej intonacji jeszcze wyraźnie wyczuwa się rezygnację, ale co tam. Zagapiasz się i nieruchomiejesz. Jak mysz. (czytaj całość)

Na wiarę

— Bo tu chodzi nie o to, że ma się talent aktorski. Tu chodzi o to, kto wyżej naszczy na murek. Repertuar piosenek o zniweczonych potencjałach twórczych rozpoczyna pewien nieszczęśliwy twórca z czoła kolumny. Głośno i wyraźnie uzasadnia swój brak sukcesu czynnikami obiektywnymi, ze szczególnym podkreśleniem nieczułego na sztukę lokalnego społeczeństwa. Wznosi do góry ręce i oczy, czym udowadnia, że w istocie nie jest talentu aktorskiego pozbawiony.— No, niechże pan już przestanie. Ileż można tak pogrążać siebie i innych w rozpaczy!Wierni z kolejki do zbawienia niecierpliwią się. Ich serca niezmordowanie kierują się ku dobrej nowinie. Intonujemy pieśń o jutrzence. Przysłowie powiada, że poranek pielgrzymujących mądrzejszy jest od wieczoru. Zapowiada się pogodny dzień i nadzieja odżywa w nas z całą mocą. Pęcherz pławny przywraca sterowność, a busola świadomości sens. Wiadomo, że chociaż nasze doświadczenie opisuje świat tylko częściowo, to dostępny nam wycinek wiedzy pozwala zrekonstruować brakujący obraz całości. Wiadomo też, że nie uszczęśliwia nas to za bardzo. Fizycy zdają nam relację z kształtu owej niedostępnej sfery. O zakrzywieniu czasu i przestrzeni, kwantach albo innej względności prawią. A my milczymy w zakłopotaniu.— Ziąb to jest, panie kochany, tylko i bieda. Na co to komu? Kto chciałby tam mieszkać? — wyrywa się pan Antoni i śmiałą frazą kładzie intelektualny fundament pod swój system filozoficzny. Jednak nikt nie podejmuje polemiki. Słychać tylko kroki maszerujących. Milcząca większość wyraźnie odczuwa swoją narastającą moc. Pielgrzymować to znaczy wyjść z doliny ciemności. To znaczy radować się po trudach drogi, kultywować mit nagrody dla podtrzymania ducha życia, nie poddawać się, chociaż cała wiedza-niewiedza świata mówi nam: nie warto. Zatem w drogę. Mijamy okoliczny, drzewiasty miejscami, a miejscami polny, krajobraz. Jeżeli przyjrzeć się uważnie, można na poboczach dostrzec czytelne kształty porzuconych doktryn. Wiele z nich w zupełnie dobrym stanie, niektóre z wyraźnymi śladami ideologicznej walki. Widocznie trudności z ustaleniem istoty rzeczy mieli przed nami także inni pątnicy. Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedno wzgórze i oto oczom naszym ukazuje się świątynia. Objawia się przed nami jak brama niebios. Przestajemy odczuwać zmęczenie. Uśmiechamy się, a wspólnota naszej radości czyni tę chwilę niezapomnianą. Obejmujemy się, chwytamy za ręce. Jesteśmy szczęśliwi. Tak po prostu. Większość naszych wątpliwości wprawdzie w nas pozostaje, ale są mocno wyblakłe i nikogo już nie obchodzą. (czytaj całość)

Zachwyt

Docierają do granic swojej formy. Moszczą się pomału w wygodnych kokonach archiwów jak w trumnach. Nie gromadzą wokół siebie tłumów. Są jak nieme kino. Wzruszająco bezbronne i znikome. Czasem, jak pozytywka puszczona w ruch dla sprawdzenia, czy mechanizm działa i czy wszystko skończy się tak, jak tego oczekujemy, śpiewają pieśni, rozpościerają barwne wachlarze z pawich piór, leją łzy rozpaczy po utraconych miłościach, bohatersko stawiają czoła przeciwnościom. Nieraz w kilku aktach albo na kolorowanych ręcznie rycinach czy też na kartach zapisanych wytworną kaligrafią.Lecz zaraz po kurtuazyjnych brawach publiczności i dworskich ukłonach wracają do naftaliny. W końcu nie jest im tam najgorzej. Mają ciepło i sucho. Nie zajmujmy się nimi więcej. Sztuka już dawno przestała być powodem do otwierania ust ze zdumienia. Piękno nie stanowi już o jej istocie. Ono błąka się jak bezpański pies po pustych ulicach intelektualnych wykładni. Zagubione pomiędzy komunikatem a strukturą, odwołane po dwóch odsłonach wielkiej wojny światowej z piastowanego dotąd stanowiska władcy absolutnego, nie znajduje schronienia ani w galerii handlowej, ani w galerii sztuki współczesnej. Nie podlega władzy opisu, więc jest ignorowane.Opis zaś wie wszystko. Wyprzedza, a nawet zastępuje człowieczy zachwyt. Pozostawia kompletną dokumentację w skoroszytach, a dla wygody użytkowników rozdaje instrukcje, co i jak należy pojmować. Oto humanizm na naszych oczach pożarł sam siebie i czeka na deser w postaci grantu. Czas urozmaica mu widok pielgrzymów nawiedzających niezmiennie Kaplicę Sykstyńską, Tate Gallery czy Muzeum d’Orsay. Ludzie ci czynią to pomimo ostrzeżeń o grożącym im śmiertelnym niebezpieczeństwie oczarowania. Czyżby z przyzwyczajenia? Licho wie. Może jednak nie godzą się na to, żeby pozbawiać ich tej przyjemności. Wbrew instrukcjom płynącym z głośników słuchają tego, co mają im do powiedzenia obrazy i słowa. Gdzieś na marginesie oczywistych zmian dają im szansę i potrzebny czas. W ich duszach odbija się dawno miniony blask, kształt idealny ocalony od zapomnienia, miłość… Misterium odtwarza się samo. Zrozumiałe i kochane. Dające powód do podziwu. Określające miarę mistrzostwa. Gdzie ważny jest dotyk, zręczność, wyobraźnia, intuicja, wrażliwość. — Zachwyć mnie proszę — tak nieodmiennie zdajesz się mówić, kiedy zapraszam cię na wystawę swoich obrazów. To oczekiwanie jest deprymująco intensywne i zobowiązujące, więc prace układam starannie, otulam przestrzenią, ozdabiam w muzykę i wino. Daję im swoją obecność i wiarę w to, że szybciej zabije ci serce. Ciągle jeszcze. (czytaj całość)

Millenium

Jeżeli przez niego przemawia Duch Święty, to lubię powiew wiatru. Nieprzyjemny, zimny nieraz, irytujący, nadymający parasole i tarmoszący odzież. Czasem jednak delikatny i czuły jak dotyk. W nagłym olśnieniu, przebłysku, spojrzeniu na świat… Przeczuwasz, że zaraz się to wydarzy. Cisza wokół niesamowita. Jakieś letnie niedzielne popołudnie. Nagle zatrzymana gonitwa myśli nieruchomieje na ostatniej figurze i jak powidok, będący własnym niejasnym zaprzeczeniem, lekko przesuwa się po siatkówce oka. Teraz już bez znaczenia. Opuszczony pancerzyk nietrafnej retoryki. I błyszczą kolory tego popołudnia. I czuje się zapachy wszystkich najszczęśliwszych letnich popołudni życia. Chcesz wykrzyknąć: wiem! Ale to nie jest wiedza. Wizja raczej. Momentalna stop-klatka. Cezura przepoczwarzenia duchowego. Dom, w którym mieszkasz, przyjaciele, praca, pory roku: są tu nadal.Oto jest kartka. Zalążek Świętej Księgi. Tym razem pozostaje niema. Formuły filozoficznej brak. Na bieli papieru nie pojawia się magiczny klucz słów i znaków. Próżno czekasz na Dobrą Nowinę. Wszystko dzieje się w duszy. Przemiana, uwolnienie z więzów, dostęp do źródła. Uważaj. Jeżeli spłoszysz bezruch chwili aktem nierozważnego zniecierpliwienia, twój czaneling pierzchnie i stanie się niepamięcią. Zbiorem rzeczy, którym nie pozwoliłeś się dziać. Dlatego tkwisz nieruchomo, pulsując jedynie uderzeniami serca i falami oddechu. Nie chciałbyś zatrzymywać niczego ani tracić niczego. Lecz tracąc wszystko, paradoksalnie wszystko zatrzymujesz. Na łapaczu snów, subtelniejszym niż myśl, skwapliwie osadzają się byty ezoteryczne. To Aniołowie Nowej Ery. Przedziwna chwila u kresu czasu. Niechętnie godzisz się na nastanie wieczoru. Na ruch wśród garnków i dziecięcych tornistrów. Nienaganność. W tym słowie brak nagany. Brak błędu, brak grzechu. Za to jest niezgoda na rozmemłanie, bylejakość, na nieuważność czy marnotrawstwo dóbr i okazji. Coś z ducha maszerujących w szyku umundurowanych mężczyzn. Zapiętej pod szyją stójki prostującej plecy jak strunę. Perfekcja, porządek, rozumność i celowość działania. Tylko taki kształt nadaje się do tego, aby zasiedliła go precyzyjna myśl. I spodziewać by się można po nim niejednego, gdyby dialektyka, to umiłowane narzędzie poznania, nie zaczęła umierać na twoich oczach. W krótkich konwulsjach tez i zaprzeczeń, coraz bardziej okazując się zwykłą brednią. Wszędzie piętrzą się stosy gazet, książek i nagranych niegdyś audycji. Kartka na stole pozostaje ostatecznie niezapisana. Stary świat nie chce się z nami pożegnać w wielkim stylu. Pozostawia tylko segregator z dokumentami urzędowymi w plastikowych koszulkach. Na wszelki wypadek. (czytaj całość)

Na golasa

Po reklamie. Czuję, jak seksualność Rozmaryna, stymulowana odsłanianiem mojego ciała, pożera go. Pomału traci on kontrolę nad zmysłami. Czyżby to właśnie był ten owoc? Czyżbym to ja nim była? Czyżbym w akcie utraty raju na rzecz małżeństwa miała zostać pożarta. Albo, co gorsza, zeżarta? I to przez Rozmaryna? A jeżeli mu zaszkodzę? Stanę kością w gardle albo okoniem-karaskiem? Jako kobieta jestem wszak, chcąc nie chcąc, obiektem męskich pożądań. I to zasadniczo w przestrzeni wizualnej. Cóż począć. Moja nagość ma moc kierowania uwagą i świadomością Rozmaryna. Pamiętam, jak babcia mawiała: Kobieta musi przede wszystkim wyglądać. Oj, wcale mnie to nie bawi. Zastanawiam się, co się stało z moimi pożądaniami. Czy kiedykolwiek zadałam sobie to pytanie? Na szczęście powieki mamy ciągle zamknięte. Jakbyśmy byli noworodkami.W międzyczasie scenografia kuszenia powraca do wariantu klasycznego. Raj staje się teraz leśno-ogrodowy. Przewody, kable, ekrany, spoty – wszystko to zostało starannie ukryte. No i robi się groźnie. Rozmaryn i ja stoimy na jakichś kłujących trawach, szyszkach i płożących łodyżkach-modliszkach. Nagość – mówimy – a przecież znaczy to zasadniczo: bezbronność, tkliwość, wrażliwość… Za żadne skarby świata nie chcę się kłaść na tych wszystkich mchach, liściach, mrowiskach, pasożytach, grzybach, drobnoustrojach. Nikt nam wprawdzie nie powiedział, że jesteśmy nadzy, lecz przecież zawsze byliśmy. Chroniła nas bawełniana bielizna, klimatyzowane domy z betonu i muzyka w słuchawkach. Nasza nagość była najpilniej strzeżoną tajemnicą cywilizacji, najbardziej chronioną strefą strategiczną. Nie sprzyjały jej deszcze, śniegi i wiatr. Dłużące się w nieskończoność jesienie i zimy. Nie sprzyjał szorstki las strefy umiarkowanej. W imię ochrony naszej nagości lęk człowieczy sprzymierzony z technologią podpisał wyrok na przyrodzony raj. Tym razem utracony pod czujnym okiem mediów. Słupek oglądalności szybuje w niebo. W pełni świadomie co do przyczyn i przewidywanych skutków antropoceńskie wymieranie gatunków transmitowane jest na żywo. — Cięcie.Głos reżysera nie jest w stanie ukoić we mnie smutku. Czuję, że się pocę od nagrzanego reflektora. Ale nie potrafię rozstrzygnąć, czy jest to światło sztuczne czy naturalne.— Pan Rozmaryn proszony jest do twista.— Hę? Do czego?Oboje z Rozmarynem patrzymy po sobie.— On najpewniej zwariował. Rozmaryn wydaje się nie mieć w tej kwestii wątpliwości. (czytaj całość)

Rozmaryn

Pierścionek zaręczynowy. Coś cennego. Coś wykonanego ludzką ręką. Coś autentycznego, za czym stoi wysiłek poszukiwaczy złota i drogocennych kamieni, troska i staranność jubilerów, odwaga i wiedza dzielnych podróżników, którzy mimo wszelkich niebezpieczeństw… i tak dalej. Krótko mówiąc: praca – uniwersalna waluta ludzkości. Tak mierzy się wartość w sposób absolutny. Jestem autentycznie wzruszona.— To dla mnie? Mówię z rytualnym niedowierzaniem. — Dla ciebie, najdroższa.Rozmaryn także jest wzruszony. W tych czasach to można sobie trochę powybrzydzać, więc wydawałoby się, że co jak co, ale w mężczyznach to nic, tylko przebierać. Sytuacja jednak przypomina salon o zróżnicowanej strukturze podażowej. Gdybym była milionem dolarów, to oczywiście zaczęłabym od najdroższych modeli. Ale nie jestem.Scenerię mamy bajkową. Zewsząd dobiegają dźwięki tropikalnego lasu. Ekipa rozstawiła sprzęt grający. Rozgrywamy się w przestrzeni realnej, mentalnej i hipotetycznej.Zastanawiam się: czy w dobie powszechnej, dostępnej na pstryknięcie palców informacji ktoś skusiłby się, aby spożyć owoc z drzewa wiadomości? Przecież oprócz wiedzy mogłoby rosnąć na nim mnóstwo plotek, propagandy, mętnych dyskusji, wymyślonych fabuł i bredni. I to za cenę utraty komfortowej miejscówki w raju… A może tu chodzi o drzewo świadomości? Przestrzeni, w której informacja zostaje rozpoznana, uporządkowana, podzielona na przydatną i nieprzydatną, zaopatrzona w myślowe powiązania, aby łatwo można było się w jej kontinuum poruszać? Owoc tej świadomości dojrzewa w nas przez całe życie. Jest jej skutkiem. Więc choćby nie wiem jakiej retoryki kuszenia użył kusiciel, trudno go spożywać z pominięciem drogi, która do niego prowadzi. Owoc świadomości per se nie rośnie poza nami. Pozostaje jeszcze drzewo oświecenia. Dar. Coś więcej niż świadomość i droga. Słowa stają się bezsilne. Świadomość osoby wykracza poza nią samą. — Koniec rozważań. Głos z reżyserki zamyka je w idealnym momencie.Więc stoimy. Rozmaryn i ja. Owoc zakazany kołysze się w gadzim pysku, a radio gra naszą ulubioną melodię. Czuję, że jeszcze chwila i zrzucę z siebie sukienkę, by mógł ujrzeć mnie taką, jaką sobie wymarzył. Jeszcze chwila i oszalejemy razem w dzikiej żądzy pośród tropikalnej przyrody. Jeszcze moment, a miniemy punkt, poza którym nic nie będzie już takie samo…Przymykamy z Rozmarynem powieki. Przerwa na reklamy. (czytaj całość)

Seniorita

Opowieść snuje się jak dym. Albo nić, droga, dukt. Jak linia kolejowa albo wysokiego napięcia. Ostatecznie jak odór niepochowanych ciał przegranych bohaterów. Pacyfista Fernando, źródło kompromitacji całego aparatu korridyjskiego, neurotyk i gamoń, co nie chciał walczyć i zginąć w walce, nie będzie tej opowieści bohaterem. Piach prawdziwie będzie się wciskać w oczy i zgrzytać między zębami. Krew prawdziwie weń wsiąknie. Pył bitewny nie opadnie tak szybko jak martwe powieki czy kapelusze wiwatującego tłumu rzucone w górę w geście radości z odniesionego zwycięstwa. Tryumfujące dobro nie będzie relatywizowane przez podejrzane ścieżki myślowe, rozmywające klarowny obraz wykładni. Pokonane zło nie wywinie się tą drogą od surowej kary za uczynki, których się dopuściło. Cierpienie jednych będzie słuszne, innych niesłuszne. Surmy zagrzmią, hufce wzbudzą tumult. Na lewym skrzydle galopada w tromtadracji dopada jak jastrząb i rozdziera na sztuki. Na prawym salwa wyśmienitej artylerii dedykowana salwującym się ucieczką. Nikczemne, martwe ciała balansują w powietrzu, bilansując jednocześnie rachunki krzywd. Tysiące gardeł krzyczą. Nasi wciąż w natarciu, w błocie, w pierwszej linii. Wszy, szynele, szyny, eszelony. Pluskwy, pociski, łuski i zygzaki błyskawic. A dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna? Do ostatecznego zwycięstwa, ty durniu. Dopóki ostatni Szwab, Rusek, Żabojad, Angol, Makaroniarz, a nawet Szwed, dopóty para gorąca kołami z dwóch boków. Ani kroku wstecz, ani jednego guzika od munduru, ani razu nie posramy się ze strachu. Niebo jaśnieje w łunach pożarów. Zasieki, transzeje, leje. Potrzebujemy wsparcia z powietrza. Zbombardujcie tych skurwieli! I jeszcze coś o kamieniu, co na kamieniu się nie ostał. O grobach, praojcach i ziemi, co garściami, pazurami. O wietrze, łopocie, tętencie, tarabanie. Coraz słabiej słyszalne, coraz mniej wyraźne. Jeszcze tylko oddech. Ciągle życiodajny. Z żabiej perspektywy leżącego, świat jak film. Albo opowieść. Ale bez zakończenia. Świadomość wszak nie zazna nigdy kresu samej siebie.Po drugiej zaś stronie narracji znajduje się czerń rozłożystej atłasowej sukni. Kontrastuje z białą karnacją twarzy, szyi i dłoni. Koronki, perły, karmin ust, róż na koniuszkach palców. Wachlarz malowany przez utalentowanego artystę przedstawia pejzaż śródziemnomorski. Gorset ciasno opina ciało. W upale, pod parasolką przeciwsłoneczną, z lornetką przy oczach oglądasz derby. Ten przedziwny kostium, w który ubrała cię twoja epoka, zapewne przeszkadza ci w okazywaniu emocji. No bo niby dlaczego siedzisz tak nieruchomo w chwili, gdy wojownik unosi w górę ręce? Czyżby nie interesowało cię wywalczone w imieniu całej ludzkości zwycięstwo? (czytaj całość)

Likier

I tak oto pozwalamy sobie trochę pomilczeć. Wieczór był wprawdzie chłodny i smutny, ale teraz jest już jasno. Pogoda. Na starym szyldzie w skromnym – a nie chcę przecież powiedzieć: powiatowym – mieście przeczytałaś informację: „Kawa, ciasta i likiery”. Wzruszające, niegdysiejsze menu. Zestaw ciocino-babciny. I do tego lekko odchylony mały paluszek. Likierek w kieliszeczku. Ciasteczko, babeczka albo serniczek, kawusia-siusia. Widelczyk, talerzyk, filiżanusia. Jak w domku dla lalek. Usteczka również takie zmniejszone, jakby ułożone do całowania lub do dmuchania baniek mydlanych przez słomkę. I słowa w związku z tym też wąskie, zwinięte w zgrabne ruloniki. Wysuwają się jedno po drugim i leciutko płyną w powietrzu, nie czyniąc szkody. Nieważkie, bez znaczenia, o niczym. Jak niskokaloryczny deser. Ma być miło i jest. Śmiałaś się z tych likierów wówczas niczym mała Mi z Muminków. A ja towarzyszyłem Ci w tym rozbawieniu, bo pragnąłem Twojej miłości i nie chciałem płoszyć chwili, ale przecież w głębi serca odczuwałem raczej wzruszenie. Coś, co pozostawia ślad i nie przemija całkowicie, tak jak ten oto dawny szyld, staje się uniwersalnym znakiem przemijania dla wszystkich świadomych własnej doczesności. W pewnych sytuacjach ta równoległość przemijań, ich podobieństwo, zamiast przerażać, wzrusza właśnie i wywołuje uczucie ciepłe, bliskie. Tak bywa, kiedy odkrywamy zapomniane pudło z fotografiami i pamiątkami. Spoglądamy w oczy dawno minionych osób. Albo kiedy spacerujemy pomiędzy stoiskami na targu staroci.Teraz pozwalamy sobie trochę pomilczeć. Zamówiłem kawę, ciasta i likiery oczywiście. Tak jak wybiera się stary przebój w szafie grającej. Siedzimy naprzeciw siebie, w bliskości kawiarnianego stolika, w oddaleniu miast, w nieokreśloności lat. Moje ciało pokryte jest łuską pancernika. Język nauczył się produkować śmiertelny jad, a układ współczulny wytwarzać płomienie nienawiści. Fizyczność odmienia się w lęku przed utratą. Cóż począć? Proces przemiany postępuje według jakiegoś niepojętego planu. Ale ubrałem się odświętnie i wiem, że mogę być fajny, mogę podtrzymywać przyjaznym gestem ten nastrój – groteskowy i patetyczny ciut. Pozdrowić znaczy pragnąć czyjegoś zdrowia, pragnąć życia dla kogoś, chcieć, by trwało w wiecznej młodości, długich, szczęśliwych latach. Staram się nie przywiązywać do myśli, że szczęście uwidacznia się jedynie na tle jakiejś nieszczęśliwości, bowiem w tle słyszymy właśnie przemiłe dźwięki muzycznego sza-ba-da, konfigurację utwierdzającą nas w przekonaniu, że żadna chwila nie ma granic w czasie, przemijanie jest iluzją, czas właściwością naszego umysłu, a zapominanie – darem niebios.— Podaj mi rękę, potworze. Okropnie słodki jest ten likier. (czytaj całość)

Proszę czekać...